NA WIELKIE ZWYCIĘSTWA, SKŁADAJĄ SIE MAŁE WYGRANE
|
|
2011-06-28
|
Powrót
Odejść od świata - zanurzyć się w Bogu
a potem znowu być tutaj z powrotem
aby powiedzieć - Już widzę odwrotnie
to co nieważne takie ważne teraz
jak jedno pióro wilgi zgubione w Afryce
jak kasztan co spada i puka do grobu
chłopcu, co chrząszcza odnalazł martwego
co miał na krótko dwa wąsy zuchwałe
szepnąć-Patrz dojrzał do dalszej podróży
Świętą Agatę budzi na dobranoc
Wszystko umiera co jest nieśmiertelne
ludzie rośliny zwierzęta skazane
deszcz błazen co zlał się na zegar słoneczny
smutna wierność na zawsze ale nie na co dzień
Odejść od świata - zanurzyć się w Bogu
I znowu potem powrócić na ziemię
uścisnąć małpę i ostre kamienie
żółwie bo idą najwolniej do ślubu
Wszystko co przyszło z Niewidzialnej Ręki
widzieć kobietę co biega po dworcu
czeka na tego który nie przyjechał
płacze i nie wie że tak się stać miało
bo miłość starsza od nas i większa niż szczęście
Bocian na gnieździe otwartym obraca się w słońcu
by stale swym cieniem pisklęta zasłonić
mądrość też starsza od nas - więc czemu się boisz
Kto wrócił stamtąd - nie pyta dlaczego
- Jan Twardowski
...Gdybym miała skrócić mą nieobecność i związać w jedno słowo - nazwa byłaby prosta, jednoznaczna, nad którą nikt by nie musiał długo się głowić, zachodzić w tok mego rozumowania, przekaz prosty i złożony. Żadne lenistwo, a tym bardziej praca nie oddaliła mnie od napisania choćby jednej notki, od początku roku, to wstyd - takie zaniedbanie w stosunku do wiernych i tych mniej czytelników, że zaniechałam swój wcześniej powierzony obowiązek, zapomniałam, odłożyłam bo nie działo się zbyt wiele, ani godnego uwagi, lub było tyle szczegółów że nie potrafiłam udrapować konkretną wypowiedź...Ciąża to stan błogosławiony, dla mnie to był czas szoku, ogólnego wytrącenia z dotychczasowego trybu, tej prędkości jaką stosowałam nie dało się ot tak sobie spowolnić, a jednak się udało, gdzie teraz podczas rutynowych badań nie tyle się przyzwyczajam co nabywam z nowo na byłym okazem w postaci syna który to ma być na listopada. Jak prezent i jajko niespodzianka którą mąż mi sprezentował na 14 lutego, ma być prezencikiem na moje imieniny. I tkwię z coraz większym brzuchem i nadzieją że skoro tyle przetrwałam te wszystkie powiązania nerwowe, neurony, zygoty, uczłowieczenia to do końca cztery miechy - dam rade, z tymi preparatami na moje obolałe jelita które jakoś jeszcze funkcjonują, bez zbędnego buntu, bez narzekania trawią to nie strawione, oddają to co oddać naturze się należy i na co tu narzekać, na wiatr że za bardzo rzuca gałęziami drzew, sypie piaskiem po oczach...Wakacje jakie zaistniały od kilku dni, stały się wyzwaniem do planowania gdzie to w tym roku wybędziemy, wyjedziemy, zobaczymy, na co stracimy, a na czym należy zaoszczędzić. Już w niedzielę zarzucimy torbę na ramię i tyle nas zobaczą. porzucę miano mieszczucha blokowego i udam się na bardziej uznawane i odległe miejsce zdane na wypoczynek bierny. Oddam się słońcu, muzyce lekkiej i przyjemnej...na przyjemnościach i wiem że w połowie te plany ulegną destrukcji , prognoza ostrzega, nadaje , zapowiada opady, niskie temperatury i niech dundel ściśnie...Jakoś wiara nabyta od czasów oseska nie pozwala mi się poddać i utracić nadziei że przecież przez cały czas padać nie będzie. Zobaczymy. Puki co, spijam rumianki, z miętami na czele, delektuję się ciekawymi książkami, zajadam się bobem i fasolką, tyję, poszerzam horyzonty mych trzewi...Tak ma być...normalka...i jakoś leci...kiedy zawitam? nie wiem, kiedyś na pewno. |
|
Wasze myśli rozsypane:
1
|
|
2011-01-25
|
...Czas płynie, dopiero co pożegnałam Stary Rok, dopiero co ułożyłam plan strategi na ten Nowy, lepszy, a już minął miesiąc...żadnych zmian oczywistych, jedynie co, to straszą odwiecznymi podwyżkami, a tu klęska za klęską jak grzyby po deszczu złowieszczo spodzierają z po dełba. No bo czy to normalne tragedia, katastrofy gonią inne mniej klimatyczne sytuacje w których przychodzi nam witać nowy dzień...ja walczę z migdałkami Kornelki, dziecko łapię anginy i inne paskudztwa w tak zastraszającym tempie iż zmuszona byłam odwiedzić innego niż dotychczas - pediatrę. Opinię wydał bez bawienia się w kolejne antybiotyki, bo a nóż, widelec te pomogą...pomagały do czasu kiedy jeszcze w butelce było coś na dnie, jakaś kropelka od wielkiej bidy, i w razie czego...nie minął tydzień by dziecko zakatarzone, z temperaturką, wołało nas po nocy ciemnej o ratunek...i jak tu nie pomóc? No to uczepiłam się babiny jak ostatniej deski ratunku , wzięłam receptę, podziękowałam za jedyne...poczułam się nie tylko z ulga na ramieniu ale o ileż lżejsza, i po czym? mój portfel schudł od tych flakoników syropków przeciw kaszlom, tabletkom na gardło, od i wiele więcej...przez tydzień miniony latałam za nią i wtykałam to i tamto, a bo to ma witaminkę, a i tamto też...a tu zrazu dziecinka niby już wydobrzała, niby nabrała masy, natchnienia, i można by było powiedzieć że choroba poszła w siną dal...skąd ta chrypka? z mojej nadgorliwości, z mojej nadopiekuńczości...patrzę i zaczynam się zastanawiać ile we mnie fobii, ile paniki...połowa? fifti, fifti? coraz częściej zastanawiam się a może to z mojej winy, bo za dużo skaczę nad nią, bo ma mnie tyle co tych lekarstw, a może by tak wypchnąć na dwór, na mróz niech pobiega, polata, poskacze, nabierze wigoru, a niech ma te gingle do pasa...jak te dzieciaki które całą zimę bez czapek biegały po sadach na wsi u babci? u mnie taka impreza kończyła się zapaleniem płuc, a u nich? zwiększoną odpornością...nikt nad nimi nie skakał, nie podtykał frykasów, i żyją! a mnie już sił witalnych powoli zaczyna brakować... |
|
Wasze myśli rozsypane:
1
|
|
2010-12-31
|
Jest taki dzień, ostatni dzień starego roku, dzień w którym podlicza się zyski, straty, dzień w którym odchodzi 365 dni do lamusa … z ostaje zagrzebana w szufladzie na dnie z pamiątkami, i tylko muszelki, gdzie nie gdzie ciut wspomnień daje do myślenia o minionym lecie, a i wiosna była, potem przyszło upalne lato by świat zakryła poświata szeleszczących kolorowych liści, by można było z kasztanów i żołędzi zrobić ludziki, zwierzęta … i tegoroczna zima, a z nią szał Świąt Bożo Narodzeniowych … szał zakupów, a przecież cuda się zdarzają ... Czym jest rok? dniami, miesiącami, liczonymi w całość, to pudełko pełne wspomnień, tych dobrych i tych mniej które uczą i doświadczają … Stary rok, który zmusza nas do postanowień, składanych obietnic na potem, na jutro by Nowy Rok zacząć z nową kartką, od nowego wiersza, skoro nie udało się przewartościować pewnych rzeczy teraz, to bogatsza o cały rok, mogę dokonać cudu! i co nie uda się, wystarczy chcieć, i trzymać się tego, a reszta ponoć przyjdzie sama, pod warunkiem że posiada się silną wolę, zapał, lub jak kto woli ośli upór … ja nie posiadam ; czegoś ; takiego, jak postanowienie i dążenie do upragnionego celu, u mnie występuje coś na kształt - płonnej nadziei która szybko wygasa, wystarczy lekko się zawahać, i już leżą moje postanowienia składane na słowach ulotnych. Nie mam silnej woli … Więc może to dobry sposób od jutra - bo od dzisiaj, to już mi się nie opłaca … spróbować trzymać się tego co zostanie przeze mnie wypowiedziane, przypieczętowane ... od czego bym zaczęła? od rzucenia papierosów, taki nałóg, a jakie poważne konsekwencje, zapał mam wielki, a jaki płonny … rzucam go , tego małego papieroska, z domieszką substancji smolistych, z dymem nikotynowym które to zapychają moje płuca, powodują nie świeży oddech, żółte paznokcie, ziemistą cerę, ja to wszystko znam nie tyle z autopsji, a sama po sobie, znam, czuję i rzucam! z każdym poniedziałkiem jako symbol nowego tygodnia, aż do momentu, chwili w której mój nałóg nie da o sobie znać ... Więc co zaczynam od jutra, potem od poniedziałku, a potem od nowego miesiąca by wyrównać sobie straty odniesione na polu bitwy wyrzutów sumienia … Ok, nic z tego nie będzie, moja wola tworzy bunt przed moją głową zbyt intensywnie nabitej od bąbelków które znalazły się gdzieś na dnie lampki szampana ... Kolejna obietnica która odnajduje ujście w kolejnym postanowieniu słomianym zapale … ale tak a propos - kogo to obchodzi co tam na dnie duszy mi huczy? A może lepiej skupić się na tym co namacalne, co można ogarnąć wzrokiem, umysłem, żyć i cieszyć się każdym dniem który niesie zawsze jakieś małe ale…
Do Siego Roku:)
|
|
Wasze myśli rozsypane:
0
|
|
2010-12-11
|
Zamek na lodzie
Pod zamkiem moim w słońcu popękały lody!
Chwila, a runie wszystko, szamocząc się z losem!
Anioł-Stróż z długą twarzą, jak ministrant młody,
odmawia zdrowaśmarie, pociągając nosem.
Diabeł zobaczył, krzyknął: na ratunek gońmy!
Lecą, jak sadze czarni, hałaśliwie, butnie,
podparli, ustawili, przyklepali dłońmi -
i roześmiali się do mnie - poczciwie - przesmutnie...
- Maria Pawlikowska - Jasnorzewska
...Stała w sklepie, wybierając towar - w końcu święta za pasem, szła między regałami wybierając to czego brakowało w codziennym spożyciu, sunęła zamyślona, bo jeszcze kartkę do Mikołaja trzeba wysłać, prezenty popakować, a jeszcze na kółko plastyczne trzeba dziecko zapisać, bo o to prosiło, suszyło głowę cały tydzień...trzeba wytrzepać dywany - i mleko w koszyk wrzuca, a jeszcze by się przydało Szymonowi coś dokupić, by jego paczka taka marna nie była...Szła, oglądając, wybierając, zamyślona, pochłonięta w swych dewagacjach - usłyszała rozmowę matki z dzieckiem...Chcąc nie chcąc stała się świadkiem, osobą która odkryła sekret, pewną tajemnicę...stała i udawała że niby coś wybiera, przebiera, że nie może się zdecydować nad ciastkami z kruchą posypką, nad tymi czekoladowymi za 1.50 zł.
- Mamo kup mi lizaka - prosi dziecko strapione ze łzami w oczach.
- Wiesz dobrze, że musiałabym kupić jeszcze cztery, a ja mam tylko na mleko, chleb i masło...
- Mamo...- prosi dziecko coraz bardziej bliski płaczu - Mikołaj też o nas zapomniał, a ja nic złego nie zrobiłem, dlaczego nie przyszedł? - zaczyna zawodzić.
- Może mu się spieszyło? nie wiem...przyjdzie pewnie na święta...- pociesza go matka.
- Na jednego lizaka nie masz? Mamo proszę...będe grzeczny zobaczysz, kup mi lizaka?...- dziecko zaczyna płakać...
- Wiesz dobrze - tłumaczy matka - że nie kupię ci dlatego że mi nie starczy, a poza tym będzie przykro dzieciakom w domu że ty masz a oni nie...
Mały lat około sześciu, pokrywa się ginglami, nie rozumiejąc że lizak to na prawdę tylko chwilowy rarytas, zachcianka, a tu nie ma na podstawowe potrzeby, produkty nie tylko dla nie go ale dla rodzeństwa. Kobieta wstaję, podchodzi do kobiety i proponuję pomoc, w tym kupuje paczkę lizaków, słuchając zachwyt i euforię w głosie dziecka. Kobieta dziękuję tłumacząc swoją sytuacje, położenie w którym faktycznie się znajduje, ojciec dzieci zmarł, renta nie starcza na pokrycie potrzeb, a tu opłaty...Dziękuję jeszcze raz i odchodzi, a nasza bohaterka niby podniesiona na duchu tym faktem niesienia lub zabawy w Świętego Mikołaja, popada w smutek, w melancholię bo zdaję sobie sprawę ile takich rodzin jest, ile takich rodzin spędza święta te niby radosne, z nową nadzieją przy pustym stole, topiąc smutki nucąc Cichą Noc... |
|
Wasze myśli rozsypane:
2
|
|
2010-11-20
|
... Dom jak wiele innych, tych które nie wpadają w oczy, nie skupiają uwagi, tym bardziej nie wywołują emocji...stara po wojenna cegła, stare okna, drzwi szare, podwórko zaniedbane, gdzieś jakieś przypadkowo zasadzone drzewko, pies biegający dziko szczekając określający swoje terytorium. wokół błoto, szarość listopadowa...dym z komina daje znaki na niebie - tu mieszkają ludzie. Wchodzę, mały przedpokój który służy za kotłownię, kuchnia duża przestronna, jakieś mebelki, stół, ławeczka, pokój, ściany, freski wiszące na ścianie, łóżko, telewizor, meble, grzyb na ścianie. To standard, łazienka niemal pokryta całą puchową pleśnią, stare lustro odzwierciedla to miejsce, sufit jakby trzymał się resztkami sił, wszystko krzyczy, nie mal wali się na oczach...Ona ładna, zadbana kobieta po przejściach i w wieku do zdobycia, syn jej dwudziestolatek który zbyt cichy, wyważony, pan domu, dorzucał węgla do piecyka, dotrzymywał towarzystwa, żartował, smakował potraw matki, żuł - połykał, słuchał, niby żartował, niby ok wszystko na luzie, ale te oczy smutne...jakby samotność dobijała go, jakby oszukiwał sam siebie że taki jego los...Ona piękna, z uśmiechem na twarzy, pani domu - jaki by nie był, gościnna, wesoła, mimo wszystko optymistka, a chora bo astma, a bo alergia...daję radę - twierdzi, nie jest źle...nauczona życia w takich warunkach przyjmuje to co daje los, nie zastanawia się , pracuje , uczy się, zdobywa doświadczenia...życie toczy się dalej, wręcza upominek, obraz malowany na beitramie, na płótnie, tęcza, paski kolorowe, dar który poprawia samopoczucie. Nie ona nie narzeka, nie klnie, nie posiada w sobie kłamstwa, rozgoryczenia, ot daje radę...Szkoda jej syna, stał się głową dwu osobowej rodziny plus pies...pies znaleziony, na wpół zdechły, uratowali...posiadają magnez który przyciąga, chce się słuchać, być, śmiać, świat pomimo walących się ścian, podłogi która prosi się o porządne deski, człowiek czuję się dobrze, jak u siebie, na luzie, jakiś daleki od trosk, bo czy piękne ściany są ważne kiedy nie potrafimy rozmawiać, kiedy nie czujemy się ze sobą razem dobrze? Wali się a oni są silni, mają w sobie to coś, idą przez codzienność z głową wysoko podniesioną do góry, przecież co poradzą na to że taki spotkał ich los...A ty, narzekasz słaby człowieku, bo nie masz tego i owego, bo spędza ci sen z powiek, bo dążysz do doskonałości, bo skupiasz się i tracisz życie, czas są głupotach, na myślach...A są ludzie którym nie potrzeba wiele...a szczęście bije każdą szczeliną... |
|
Wasze myśli rozsypane:
2
|
|
2010-09-13
|
... Matka polka wzieła się do galopu, pomimo iz jakies nerwy czuła pod skórą, jakąś złośc ktora nie dawała jej spokoju, gdzieś jak czarne mysli tłukły się pod czaszką - strała się być miłą, usmiechnięta zona, matka, czytającą , dowcipkującą, zajmującą - i tylko czasem zastanawia się co też jej dziecko myśli patrząc na nią, na tę swoją matkę polkę. Czyta książkę, wciśnięta pomiędzy poduchy a kanapę o dziewczynce która marzyła o nie wyrafinowanych pragnieniach posidania normalnej rodziny, a nie takiej która wyparła na niej wpływ bycia ponad wszystkich, naj...Siedzi niby czyta, zerka kątek oka na poczynania swojej pociechy, bo przecież jaki to słodki, rozbrajający widok widziec jak własne dziecię już takie duże, jak bawi się , jak w małe paluszki bierze najpierw nie poradnie, jakby badało daną rzecz, po to by na końcu obślinić, sprubować wbić ząbki...Siedzi i patrzy jak najpierw to nie poradne dziecko, małe, bezradne staje się coraz większa małą, dużą dziewczynką której już nie wystarcza bajeczka na dobranoc, skupienie w trzystu procentach normy...Zagaduje, podbiega, pokazuje drobne skaleczenie, pruba zwrócenia uwagi która skupia na jej palcu uwagę matki polki...lubi tę chwilę kiedy staję się głównym bohaterem powieści, kiedy świat kręci się wokół niej, kiedy staję się pepkiem świata...Czuję jej miłość, uczucie tak silne że aż powalające, jej spojrzenie pełne poczucia jej doskonałości, mimo iż nie raz usłyszała krzyk, nerwy które kuliły ją w sobie, które sprawiały że łzy jak nie chciane, nie pochamowane same uderzały na jej policzki...nie raz czuła strach że lada chwila ta kochana, miła, wyrozumiała mam stanię się kimś obcym, nie znanym, że wyrządzi krzywdę...ta miłośc jest bezpieczna, a zarazem przytłaczająca, nie daje rozłozyc skrzydeł, nie daje być sobą, zawsze jakas nadgorliwa, pobłażliwa, a jednak trzyamjąca swoją wielką łapę na głowie, w obawie że ona może się wymsknąć, uciec i nigdy nie wrócić...Na jej małą główkę spada potok słów które kiedyś usłyszała nie pamiętając dziś kto to powiedział: - Kochając można wyrządzić krzywdę...
Ona nigdy nie marzyła o wielkiej, bogatej rodzinie, ma mamę która poświęca z nią czas, malują, lepią z plasteliny ludziki, razem skubią słonecznik, razem ogladają, ona jej tłumaczy świat złozony z tylu różnych dziwnych spraw, pokazuje drzewa, kolory, uczy, cieszy się w raz z jej śmiechem, smuci się w raz z jej smutkiem, takie dwie nie rozłączne papużki...Ale jednak jest ta rozwiązłość pokoleń o której dziś nie zdawają sobie sprawę, że przyjdzie czas kiedy ta mama stanie się zacofana, nie kul, nie fajna, bo odmienne zdanie posiadać będzie miała, bo będzie narzucała swoje ambicje, bo nie zaakceptuje decyzji swojej córki...drogi się rozejdą...
|
|
Wasze myśli rozsypane:
2
|
|
2010-09-01
|
... 
Jesień, depresyjno - melancholijna aura, która odstręcza od spacerów wszelakich i rozpoczęcie Roku Szkolnego nie szczególne...Można powiedzieć jedno, coś się zaczyna , coś kończy...moim skromnym zdaniem - powinny być dwa końce roku - Sylwester, zakończenie tego prawidłowego roku, i ten drugi koniec wakacji. Idąc do pracy, wystarczyło zobaczyć nie szczęśliwe twarze dzieci, ucznów, a córcia? zadowolona! rozbawiona, a że to zerówka to już nie ma nic do śmiechu, poważna sprawa. Przytargała plakat z lekcjami tańca, o zgrozo! zaczyna sie - niby bym zobaczyło, pomyślała, zareagowała pozytywnie, zgodziła się, bo ona stworzona jest do tańca...trza pomyśleć - puki co wysłuchałam szybkiej relacji, że ok, fajnie, pani się stęskniła, i że Huberta nie było, ciekawe co z nim i Weroniki też, i już wsiąkła w tą zerówkę, wystarczyło osiem godzin...A jutro zaczyna się nasza mała rutynka...
|
|
Wasze myśli rozsypane:
0
|
|
2010-08-24
|
... Pierwsza miłość z wiatrem gna, z niepokojem drży,
druga miłość życie zna i z tej pierwszej drwi,
a trzecia jak tchórz w drzwiach przekręca klucz
i walizkę ma spakowaną juz.
- Bułat Okudżawa ; trzy miłości ;
...Rozpoczęłam tydzień nocek, tych długich godzin które powinny być poświęcone na sen, na odpoczynek, a ty tyraj człowieku...I tyrałam jak wół, maszyna po renowacji powinna zostać renomowana do kolejnego przeglądu, nie wiem kto wpadł na pomysł o tyle głupi, a innym wydawał się mądry, by ruszyć coś czego nie powinno się tknąc palcem, a codopiero zasiąś przy niej i dać z niej wszystko. Kierowniki zacierają ręce, kolejne metry które po dwóch miesiącach zastoju, mają nadgonić stracony czas, jakoś i brak pieniędzy. Więc turlałam się z chłopakami do rana odmierzając czas, w tych dusznych, wilgotnych pomieszczeniach - bycia zdaną na nich i własną wyuczoną wiedzę...Przespałam pół dnia, pierwszą zmianę napewno, mała bawiła się w pokoju matuli swoim wózeczkiem, laleczką, którą przekładała, lulała, tuliła, szeptała łagodne słowa - bo ma kolkę. Pare miesięcy temu zastanawiałam się kiedy jej przejdzie, kiedy jej się znudzi, ale ona ciagle bawi się nim, rozmawia i uprawia zawzięte dyskusje z wysublimowaną osobą z wyobraźni. Tyle kłopotów ma z tym dzieckiem, a ja postawiona jestem w rejestr - babci. Rety julek! Popołudnie wyperswadowałam dwójkę na działkę, wpadła ciocia z wnuczką i pojechały zostawiając mnie ze świętym spokojem, z głową jakżeby obolałą, bo już sama nie wiem czy to z nadmiaru snu, czy z niskiego ciśnienia...Prubuję się skupić, wpatrzyć w jeden punkt, odpocząc, nabrać sił, uspokoić się jakoś tak wewnętrznie, bo ostatnio mnie trzepie...chyba zacznę łykac prochy? uspokajacze...byle co byleby pomogło. Coś się we mnie zagnieździło, sama nie wiem z kąd , jak i dlaczego, wyłazi bowiem z byle przyczyny, pod byle pretekstem i zatruwa moje srodowisko. Czepiam się, raczej nie, jakis podły potworek ze mnie wyłazi i daje znać, potem wiadomo żałuję, mam zszargane wyżuty sumienia, dla małej staram się posiadać trzysta procent cierpliwości, niekiedy się udaje - czym wzdycham z ulgą że jakoś dało się załagodzić sytuację, bez krzyków, łez i zniecierpliwienia, ale niekiedy sama na siebie wrzeszcze za swoje głupoty, brak wyrozumiałości, toleracnję...starzeję się widocznie...albo przechodzę przyspieszoną menopauze...Więc one tam - razem, bo matula wróciła od siostry - zatęskniła za wnuczką, za ciotkasmi, plotkami, a mała ma ubaw, ciągle jakies wrażenia, atrakcje. Nie będe im głowy zawracać, leże - podjadam, popijam małą czarną, delektuję się wiaterkiem z wiatraczka bo duszno okrutnie, czytam Anitę Halinę Janowską ; Krzyżówka ; super opisana biografia żydówki która przezyła wojnę, i to co się działo z nią , z rodziną. Nie myślcie sobie że jakiś kolejny wydławiacz łez, pełna chumoru, wspomnień...Polecam. 
|
|
Wasze myśli rozsypane:
1
|
|
2010-08-18
|

...I po co się żenić, wychodzić za mąż, obiecywać sobie gruszki na wierzbie, po co topić nadzieję w popiele na długie pozycie , na patrzenie w tym samym kierunku, po co sobie obiecywać nawet! standarty, by po kilki, kilkunastu, a w tym przypadku po trzydziestu pięćiu latach stwierdzić jaki to nie wypał, być razem a tak naparwdę obok siebie. Patrzeć na siebie z niemym obrzydzeniem w oczach, z niesmakiem w ustach, wszystko człowiekowi się gotuje na widok ; niby ; tak ukochanej osoby której przysięgało się nie mal wszystko, nawet duszę...Owszem wspomnienia są, dzieci także, jakaś pamiątka z nad morza, z gór, wspomnienia tak odległe że aż nie rzeczyswiste...Wnuki i w nich cała nadzieja, radość, miłość...Kiedyś się porządało, mówiło - kocham, i pokładało nadzieję w to uczucie...a dzisiaj? co ich ze sobą wiąże, majątek? wspólne konto w banku, przyzwyczajenia i nawyki? samotność, strach przed nią, czy wstyd przed sobą że nie ma się tyle sił by odejść...no bo co by powiedzieli inni, sąsiedzi, ciotka Marysia która lubi czasem wpadać na kawę, co powiedzieć ojcu już schorowanemu, czy z dziadziałej teściowej, że upadli na stare lata na głowę? że nie mają nic do roboty? więc drą koty o byle g. każdy na swój strój, byleby jego pływało po wierzchu, czasem tylko jakaś ciotka usłyszy że u nich znowu ; zadyma ; o to i tamto, że niby nic nowego, co ona wciąż chce od niego, to że czasem se wypije, wielkie mi chalo! a który facet po robocie przychodzi trzeźwy? takie czasy, smutki trzeba utopić, a on? przecież nie zalewa się w trupa...on ma pretensje do niej, za to że jeszcze nic się nie stało a już cała rodzina trąbi, ma pretensje, nawet słuszne że zrobiła z niego ofiarę losu, najgorszego...Ciche dni...stają się ulgą, nie trzeba gęby otwierać, tłumaczyć się przed nią, wywracać oczami...Ona wychodzi , trzaska drzwiami, pewnie z nowu udaje się z wizytą do bratowej albo jego matki, znowu będzie narzekać, skamleć, a oni? tacy sami! tu niby współczują, litują się, wysłuchają, dadzą radę, olej go, powiedzą, a potem dupsko jej obrobią nad flaszeczką wódki, pośmieją się i wrócą do świata normalnego...do świata bez niej i bez niego, każdy ma kłopoty, a ona tu wymyśla, błachostki jakby innych problemów nie było, burze, grady, zima trwająca za długo, wojny, a ta tu wyjeżdża ze swoimi nie szczęściami. Oni się śmieją, a ta cierpi, za utracone dni, lata, chciała się przekonać że potrafi wszystko, wybaczyć, z cierpieć...Już nie może, dusi się, czuje że wszystko się skończyło, że nie ma po co dalej tak, i zatraca swoje chore , nie posłuszne myśli, trwa nadal przy nim tym obleśnym, zaniedbałym facecie którego kiedyś nazywała ; mój mężczyzna ; którego kochała tak bardzo...dlaczego więc przez te trzdzieći lat i więcej nadl przy nim jest?
|
|
Wasze myśli rozsypane:
0
|
|
2010-08-17
|
... Wróciłam do rzeczywistości, tej jak dobrze mi znanej, znanej w smaku, w patrzeniu...I co? Piędziesiąt procęnt mnie krzyczało za zostaniem w domowych pieleszach, za staniem w miejscu, nawet mieszanie w garach mi się spodobało i mieszałam delektując się wymieszaną konsystęncją, prubowałam, delektowałam się, pławiłam - w książkach, w literkach, w nowych powieściach, historiach, bez pośpiechu odkrywałam luksus późnych godzin wieczornych przy piwku, papierosku, z J. gdzieś koło mnie, i tv. która nadawała ; szajs ; nie ważne, półmrok przyćmionej lampki, która dawała poświate romantyzmu, podjadałam słonecznik skubiąc, plujac i nie patrząc czy już czas na mnie...Spodobało mi się poranne wstawanie przy śpiewie rozjuszonych wróbli, z promykami na twarzy, z kubkiem czarnej mocnej, parującej, gdy wszystko jeszcze zasnute mgiełką snu...A ja już śniadanko, radyjko, kawka ; inka ; z mleczkiem, dla córci kakao, fajnie nie? miseczka z musli, albo kanapeczki, jajeczniczka, dla każdego coś dobrego...Oj, fajnie nie spieszyć się, nie pędzić na zakupy, nie mieszać w garach w przyspieszonym tęmpie, nie zjadać połykając prawie talerz, dostawając przy tym wzdęcia, nie strawności, nie łykac rapacholinu...nie sprzątać mieszkania w trybie przyspeiszonym robiąc przy tym jeszcze większego bałaganu, oj fajnie tak powoli sobie wszystko uporządkować, iść na bazarek kupić ogóreczka, chociaż te rosną sobie spokojnie podskakując co tydzień, na działeczce, pomidorka, czy malinki, iść spokojnie bez pośpiechu i nie na łapu capu biorąc co popadnie, zazwyczaj ciut popsute, kapkę nagniłę - tylko przechodząc powolutku, po cichutku degustuję, sprubuję, podpatrzę, wybiorę, kupię, zadowolona wracam powolutku do mieszkania gdzie ład i skład...I córcia szczęśliwa ( chyba tylko znalazłby się 1% jej nie zadowolenia, mego zrzędzenia ), bo mamusia usmiechnięta, wypoczęta, śpiewająca, podtyka same łakocie, na wycieczki zabierała, zachodziła w głowę jak sporzytkować czas wolny dla siebie , dla rodziny...Ale drugie te piędziesiąt procęnt mego Ja, wołało już, ja chę normalności, powrotu do pracy, do tych rutyno - monotonnych chwil, spędzonych z chłopakami na maszynie, na hali, gdzie zajęta swoimi sprawami tęsknię zazwyczaj do moich, tych zostawionych w domu, w przedszkolu, w pracy...Ech życie, gdyby można było wypośrodkować jedno z drugim byłoby jak to mówi młodzierz cool, a tak? cieszmy się tym co mamy i nie narzekajmy, może byc znacznie gorzej...A tak apropos' mała wczoraj obvchodziła swoje szóste, ^! już urodzinki, jak ten czas leci, a dopiero co ją rodziłam w mękach cięć cesarskich, dowiedziałam się prawdy o instynkcie macierzyńskim tym jakże - zapewnianym mnie iż nie zawodny, prawdomówny, że to co się wie i czuję , to cała prawda wywodząca się gdzieś tam z środka i co? gózik z pętelką, mały chłopczyk obiecany z instynku poprzez p[ochłaniane ilości ogórków kiszonych, miał byc także obietnicą ginekologów - położników, i co? urodziłam córcię, całe 2.700 kilo miłości mej...i żyjemy każdego dnia , kochając się, wzajemnie wspierając, chociaż są dni ciężkie, nie zrozumiałe, błotniste, ale kto ich nie ma, dla mnie każda chwilka to obietnica nowego, pięknego naszego dnia, naszej przyszłości... |
|
Wasze myśli rozsypane:
1
|
|
| O mnie |
|
| reniulka30 |
|
gdzieś na końcu świata |
| Słówko o mnie |
| Uwielbiam książki, zapach kwiatów, las, słońce, naturę i wędkarstwo... |
| Zobacz mój profil |
|
| << | Styczeń 2012 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| | | | | | 1 |
| 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 |
| 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | 31 | | | | | |
Księga gości
| Statystyki |
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
1694
|
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
78
|
|
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
2
|
|
    
Od kolebki biegła za mną
Czarodziejska baśń tęczowa
I szeptała wciąż do ucha
Melodyjne zaklęć słowa.
Urodzona nad wieczorem
Z cichych gawęd mych piastunek,
Spala ze mną, na mych ustach
Kładąc we śnie pocałunek.
I budziła się wraz ze mną,
I wraz ze mną ciągle rosła,
I z kołyski na swych skrzydłach
W jakiś dziwny świat mnie niosła...
Ponad morza purpurowe,
Ponad srebrne niosła rzeki,
Po zwodzonym moście tęczy
W cudowności świat daleki...
Otworzyła mi zaklęciem
Brylantowy w skałach parów
I wkroczyłem raz na zawsze
W kraj olbrzymów, widm i czarów.
I zamknęły za mną wrota
Jakieś wróżki czy boginie,
Więc na całą życia kolej
Szedłem błądzić w tej krainie.
W tej krainie, w której wszystko
Ożywioną bierze postać,
W której każdy głaz ma duszę
I człowiekiem pragnie zostać...
Złotolistnym szedłem gajem,
Gdzie się wszystko skrzy i złoci,
Gdzie zakwita skryty w cieniu
Tajemniczy kwiat paproci.
Szedłem gajem, gdzie dokoła
Śpiewające szumią drzewa,
Gdzie młodości wiecznej źródło
Czyste wody swe rozlewa.
I witały mnie po drodze
Rozmarzone oczy kwiatów,
Co patrzyły tak wymownie
W niezmierzoną przestrzeń światów.
I witały ludzkim głosem
Różnobarwnych ptasząt chóry,
Ukazując dalszą drogę
Nad przepaści brzeg ponury.
Ja słuchałem śpiewnej wróżby
I z ożywczej piłem fali,
I w głąb dzikszej coraz puszczy
Niestrwożony szedłem dalej.
Próżno groźne widma straszą,
Próżno kłęby gadzin syczą,
Biegłem naprzód, zapatrzony
W jakąś jasność tajemniczą.
I przebyłem czarne puszcze,
I spienionych wód odmęty
I stanąłem u stóp góry
Prostopadle na dół ściętej.
Na jej szczycie błyszczał zamek,
Kryształowy gmach olbrzyma,
Co zaklęciem w swojej mocy
Najpiękniejszą z dziewic trzyma.
Przed zamczyskiem stoją smoki
I te paszczą swą czerwoną
Ogień złoty i różowy
Pod obłoki w górę zioną;
Swe spiżowe jeżąc łuski,
Bronią skarbu zaklętego,
Najpiękniejszej z wszystkich dziewic
W kryształowym zamku strzegą.
Jednak mimo czujnej straży
Jam ją ujrzał na skał szczycie
I odgadłem, żem tu przybył,
Aby dla niej oddać życie.
Miała gwiazdę na swym czole,
Pod nogami sierp księżyca,
Błękit niebios w swoich oczach
I aniołów cudne lica;
I od razu swym spojrzeniem
Zaszczepiła miłość w duszę -
I poznałem, że koniecznie
Do niej w górę dążyć muszę.
Więc po nagiej, gładkiej ścianie,
Zapatrzony tylko na nią,
Na powojów wiotkich splotach
Zawisnąłem nad otchłanią.
Coraz wyżej pnąc się hardo,
Już widziałem ją przy sobie...
I w zachwycie do królewny
Wyciągnąłem ręce obie.
Miałem schwycić ją w objęcia...
Gdy powojów pękły sploty -
I upadłem w głąb otchłani,
Gdzie z ran ginę i tęsknoty.
Lecz choć z serca krew upływa,
Choć w przepaści ciemnej leżę,
Jeszcze wołam: "Za nią! za nią!
Idźcie gonić, o rycerze!
Idźcie piąć się w górę, w górę,
Ponad ciemnych skał krawędzie!
Może przyjdzie kto szczęśliwy,
Co ją weźmie i posiędzie.
Choć nie dojdzie - chociaż padnie,
Przecież życia nie roztrwoni,
Bo najlepsza cząstka życia
W takiej walce i pogoni.
Warto choćby widzieć z dala
Ów zaklęty gmach z kryształu,
Warto, płacąc krwią i bólem,
Wejść w krainę ideału.
Gdyby przyszło mi na nowo
Od początku zacząć życie,
Biegłbym jeszcze po raz drugi
Za tą piękną na błękicie!"
Adam Asnyk
21 czerwiec 1879 |